Niewiele diagnoz zostało tak mocno zniekształconych przez fikcję. Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (DID) charakteryzuje się obecnością dwóch lub więcej odrębnych stanów tożsamości, którym towarzyszą luki w pamięci obejmujące zwykłe codzienne zdarzenia, a nie zwykłe roztargnienie. Jest ściśle związane z wczesną i powtarzaną traumą. To nie jest schizofrenia, to nie jest chwyt z thrillera, a w prawdziwym życiu widać je znacznie mniej niż w kinie.
Co obejmuje ta diagnoza
DID należy do rodziny zaburzeń dysocjacyjnych, które opisują rozerwanie tego, co zwykle trzyma się razem: świadomości, pamięci, tożsamości, poczucia siebie. Sama dysocjacja nie ma w sobie nic wyjątkowego. Przejechanie znanej trasy bez zapamiętania drogi, poczucie nierealności po wstrząsie: te doświadczenia są powszechne i przemijające.
Zaburzenie zaczyna się tam, gdzie to rozerwanie staje się trwałe, mimowolne i organizuje funkcjonowanie osoby. Wymagane są łącznie dwa elementy: odrębne stany tożsamości, z różnymi sposobami postrzegania siebie, zapamiętywania i reagowania, oraz nieciągłości pamięci wykraczające poza zwykłe zapominanie. Do tego dochodzi cierpienie lub wpływ na codzienne życie oraz to, że obrazu nie tłumaczy ani przyjęta praktyka kulturowa czy religijna, ani substancja, ani inny stan medyczny.
Stany tożsamości, bez filmowej scenografii
Popularny obraz pokazuje spektakularne przełączenie, zmieniający się głos, ogłaszane imię. Rzadko właśnie to widać. U wielu osób przejścia są dyskretne, wyczuwalne przede wszystkim od wewnątrz, a obserwator zauważa najwyżej zmianę tonu, postawę, milczenie.
Stany tożsamości nie są odrębnymi osobami żyjącymi w jednym ciele. Opisuje się je raczej jako części tej samej osoby, które pozostały rozdzielone, bo nie mogły się zintegrować. Mogą różnić się odczuwanym wiekiem, preferencjami, stosunkiem do niebezpieczeństwa. Niektóre wiedzą o istnieniu pozostałych, inne nie, a stopień komunikacji wewnętrznej jest ogromnie zróżnicowany.
Luki w pamięci, objaw najmniej widoczny i najcięższy
To one ważą najwięcej na co dzień i nie mają nic wspólnego z zapominaniem kluczy. Chodzi o dziury dotyczące zwykłych faktów: cała rozmowa, cały dzień, czasem okres życia. Pojawiają się przedmioty bez wspomnienia zakupu, wysłane zostały wiadomości bez wspomnienia ich napisania.
Wysiłek maskowania tych dziur kosztuje ogromną ilość energii. Wiele osób bardzo wcześnie uczy się odgadywać kontekst, skłaniać rozmówcę do mówienia, żeby odtworzyć to, co zostało powiedziane. Ten kamuflaż częściowo tłumaczy, dlaczego diagnoza przychodzi często późno, po kilku innych rozpoznaniach postawionych po drodze.
Mylenie ze schizofrenią i to, co jest naprawdę sporne
DID to nie schizofrenia. To dwa odrębne zaburzenia, w dwóch różnych kategoriach. Schizofrenia jest zaburzeniem psychotycznym: okresowo zmienia relację z rzeczywistością, z omamami i urojeniami. DID dotyka tożsamości i pamięci, a kontakt z rzeczywistością pozostaje w nim na ogół zachowany. Pomyłka bierze się z języka potocznego, w którym słowa schizofrenik używa się błędnie w znaczeniu rozdwojony. Podtrzymuje ją także to, że część osób z tym rozpoznaniem słyszy głosy, przeżywane jako wewnętrzne: to częste źródło błędu diagnostycznego.
Jedną rzecz warto powiedzieć wprost: DID jest przedmiotem realnego sporu naukowego. Model dominujący jest traumatyczny i widzi dysocjację jako przystosowanie do doświadczeń wczesnych, powtarzanych i takich, przed którymi nie dało się uciec. Model konkurencyjny, zwany socjopoznawczym, podkreśla rolę oczekiwań, wyobrażeń kulturowych i sugestii, również w terapii. Ten spór dotyczy mechanizmów, a nie tego, że osoby zgłaszające się po pomoc naprawdę cierpią. Można utrzymać oba stanowiska: uznać cierpienie, nie zamrażając jednego wyjaśnienia.
Pozostaje uprzedzenie o niebezpieczeństwie, podtrzymywane przez filmy. Nie ma ono solidnych podstaw: jak w przypadku większości zaburzeń psychicznych, osoby z tym rozpoznaniem są częściej narażone na przemoc, niż same jej się dopuszczają.
Diagnoza i leczenie
Rozpoznanie stawia się po pogłębionej ocenie klinicznej, prowadzonej przez przeszkolonego specjalistę, często w ciągu kilku spotkań. Nie istnieje pojedynczy test i trzeba wykluczyć inne wyjaśnienia: działanie substancji, padaczkę, osobowość z pogranicza, złożony zespół stresu pourazowego, zaburzenia psychotyczne. Obszarów wspólnych jest wiele, a współwystępowanie innych zaburzeń jest częste.
Podstawową formą leczenia jest psychoterapia, na ogół uporządkowana etapami: najpierw stabilizacja, bezpieczeństwo i regulacja emocji, dopiero potem, jeśli staje się to możliwe, praca nad wspomnieniami traumatycznymi, a następnie integracja w szerokim znaczeniu. Zbyt szybkie przechodzenie do treści traumatycznych jest uznawane za ryzykowne. Żaden lek nie leczy samego DID; niektóre są kierowane na towarzyszącą depresję, lęk lub zaburzenia snu, a ta decyzja należy do osoby i jej lekarza.
Słowo integracja nie znaczy tego samego dla wszystkich. Dla jednych celem jest scalenie stanów; dla innych wystarczająca współpraca wewnętrzna, by prowadzić spójne życie. Żadnego indywidualnego rokowania nie da się odczytać z samej diagnozy.
... a życie uczuciowe
Wiele osób z DID jest w związku od lat. To, co wystawia relację na próbę, prawie nigdy nie jest tą spektakularną stroną wyobrażaną na początku. To nieciągłości: ważna rozmowa, po której nic nie zostało, decyzja podjęta i nie do odnalezienia, spotkanie przegapione bez złej woli.
To, co pomaga, jest bardzo konkretne. Zapisane punkty odniesienia dostępne dla obojga, wspólny kalendarz, notatki, listy, żeby wspólne życie nie opierało się na tym, w jakim stanie jest tego dnia pamięć. Stałe rutyny. Prawo, po obu stronach, do powiedzenia, że potrzebna jest przerwa. I traktowanie zapomnienia jako objawu, a nie jako braku miłości czy kłamstwa.
Bliskość wymaga własnej ostrożności, ponieważ pewne dotknięcia, zapachy czy sytuacje mogą wyzwolić dysocjację bez ostrzeżenia. Umówienie się na sygnał przerwania, powolne posuwanie się naprzód, sprawdzanie zgody tu i teraz, a nie raz na zawsze: to oszczędza wielu nieporozumień.
Partner nie musi stawać się terapeutą i nie może nim być. To, o co się go prosi, jest prostsze i trudniejsze: być godnym zaufania, nie domagać się ani spektaklu, ani dowodu, i zostawić leczenie specjalistom. Co do momentu, w którym się o tym mówi, nie ma żadnej reguły. Wiele osób nazywa najpierw potrzebę praktyczną, jak luki w pamięci, a całą historię zachowuje na czas, gdy zaufanie już jest.